Pieprzone komary. Jednego tylko wieczoru urządziły sobie bachanalia na moich rękach i nogach. Efekt tego, sensu sctricte upojnego wieczoru, skombinowany z jakimś moim uczuleniem na tych skrzydlatych skurwysynków, jest taki, że po seansie drapania kończyn wyglądam jak ofiara przemocy domowej. Kto zna moją rodzinę, zrozumie ironię powyższego zdania, jednak fakt pozostaje faktem. Pomimo upałów powinnam oblekać się w czarczaf z blachy, może wtedy komary dałyby sobie spokój. Dodatkowo takie praktyczne ubranko chroniłoby oczy co wrażliwszych przechodniów przed widokiem moich pogryzionych i podrapanych odnóży.
I tak nie mam na nic czasu. Mam za to cztery rolki tapety z Habitatu. Jak coś się podczas przyklejania spieprzy, będzie to najdroższy kawałek makulatury w moim życiu. Tymczasem bądźcie grzeczni, bo Wielki W. was obserwuje.

Głoszoną od lat tezę, jakoby pogoda nie miała na mnie żadnego wpływu. Oraz jakobym zdecydowanie lepiej czuła się w czasie pogody tzw. angielskiej. Być może rzeczywiście wpływa ona lepiej na fakt, że nie muszę się objawiać w światu w mniejszym lub większym negliżu, jednak z pewnością nie wydobywała mnie ze smętnego doła. Wystarczyło parę słonecznych dni, a podnoszę wraży łeb i autentycznie mi się chce. Z pewnością więcej, niż normalnie. Widać to chociażby po zwiększonej aktywności blogowej. A to tylko jedna malutka jaskółeczka. Omujborze, mam nawet ochotę przeprosić się z aparatem fotograficznym. Szkoda tylko, że Wojtek, zamiast wdzięcznie pozować, domaga się stanowczo wydania mu aparatu w celach destrukcyjno-poznawczych. Muszę się przed nim kryć z aparatem, inaczej kończy się to mantrowaniem “DAJTO DAJTO DAJTO” na przemian z “DAĆ WOJTUSIOWI APALAT”, wszystko razy sto, na koniec uwieńczone fontanną łez i dramatycznym rzutem na podłogę. Ale ojtam, nic mnie nie zniechęci. Dziecko od miesiąca choruje, a od wczoraj łyka kolejny antybiotyk, bo ma zapalenie oskrzeli? Ojtam. Że wstało o 5:15? Ojtam. Że Dobruś poczuł w sobie maczo i drze ryja od rana do nocy i znaczy teren? Ojtam. Wiosna, panie sierżancie. Normalnie wiosna.
Podczas recytacji “Lokomotywy”:
(…) ruszyła maszyna DO SZYCIA po szynach (…)
W oryginale: “lusiła masina do sicia po sinach”
W dalszym ciągu pękam z dumy, że on tak płynnie i dużo mówi. Czasem, oprócz dumy, pęka mi również głowa, ale to nic.
Definitywnie. Pewne aspekty tegoż kryzysu towarzyszą mi chyba od urodzenia, na przykład obsesja sprzątania ONLY MY WAY, to dlatego nawet będąc w ciąży nie dałam szansy dziewczynie do sprzątania na dłużej, niż trzy razy, no ale c’mon, kto używa do wycierania kurzu papierowej rolki kuchennej, psikając na to pronto do drewna, nieważne, czy się akurat odkurza telewizor, czy pralkę? W każdym razie ofiarą tej obsesji jest K. i szalenie mu współczuję. Ale tylko w momentach, kiedy pomroczność jasna ze mnie opada, a są to chwile rzadkie i niedługie.
Dowiedziałam się, że Agata Passent ma bloga. Wziąwszy pod uwagę fakt, że prowadzi do od czerwca’06, a mamy, było nie było, marzec’07 (scary, huh?), powinnam pogratulować sobie samej refleksu. Rzecz nie do pomyślenia w czasach, gdy hurtowo kupowałam pisma dla ąę-dam. Dziwne, bo nigdy ąę-damą nie byłam, może mi się wydawało, że gdy o takich poczytam, zbliżę się do wysokich socjet. Dobrą stroną rezygnacji z błyszczącego papieru jest opadnięcie paru klapek z oczu. Głupio tylko, że jest to jednocześnie i zła strona medalu. Pomyślcie o tym.
Czytam więc sobie tego bloga niejako z pewną nostalgiczną zadumą, bo podświadomie chyba celowałam w jej styl, pisząc onegdaj, dość regularnie, blogusia własnego. Teraz może po prostu powinnam zrobić przekierowanie z notatnika na Passentową, ale to chyba nie tędy droga, wiem.
A propos nostalgii, ciekawy trend na znanych i lubianych blogach - jak bardzo czujesz się doceniana i jednocześnie zażenowana, będąc wywołaną do tablicy, w celu opowiedzenia o sobie pięciu nieznanych faktów z życia. Doskonale się bawię, czytając przeróżne opisy, począwszy od “nie umiem kłamać” (dooooskonałe), przez “nasikałam dziadkowi do czapki” (kuriozalne) po “miałam romans z żonatym facetem” (znajome). Co w tym nostalgicznego, uważny czytelnik zapewne zapyta. Otóż przypomina mi to czasy rozkwitu tego blogusia, gdy pewnie wywołano by mnie do odpowiedzi jakieś milion razy. Liczba obecnych wywołań oscyluje w okolicach zera absolutnego. Wierzcie jednak lub nie, wcale mnie to nie martwi. Trudno pisać publicznie, szczególnie jeśli się tego naprawdę nigdy nie zrobiło przez te wszystkie lata, o prawdziwych i skrywanych faktach z własnego życia. Uwzględniając własny, aspołeczny wielce rys charakteru, jest to tym bardziej nieprawdopodobne. Z drugiej strony, pierwsze i jedyne , co miałabym ochotę napisać pięciokrotnie, to że umarło mi dziecko. Co żadną tajemnicą nie jest. Straszne jest jednak również to, że chciałbym tak napisać również dlatego, żeby popsuć wszystkim zabawę. Tak teraz mam. I co.
No. Śniło mi się, że uciekałam z więzienia, wraz z kilkorgiem innych skazańców (się przyjęło wszystkie dostępne odcinki Prison Break w pigułce, to nie dziwota), poprzez nasze lasy sielskie-anielskie, piaski Mazowsza i morenowy szlak. Ścigały mnie zaś ogary Giertycha, bo zapuszkowano mnie za obrazę frankensztajniego majestatu, niestety, nie pamiętam, co powiedziałam, znając siebie, zapewne coś wysoce (lub w zasadzie nisko) nieparlamentarnego, coś z dużą ilością słów na “k” i “ch”, oraz zapewne dopuściłam się krytyki wszystkich na literę G, L, K i większej części prawicowo-fundamentalnego alfabetu. Czy to czyni ze mnie posłankę Senyszyn, drogi Frojdzie? Mam nadzieję, że nie. Mam jednak również nadzieję, że onet dostarczy mi kiedyś wiadomości nie zawierających informacji o WSI, PiS, SO, LPR, Sejmie, Senacie, Parlamencie, prezydencie, premierze, Macierewiczu i innych kuriozalnych postaciach naszego pożal się bloże życia politycznego. Ostatnie włosy wyszłyby mi z głowy, gdyby nie prosty zabieg zwyczajnego nieprzyjmowania do wiadomości, że to, co się dzieje w tym kraju, ma ze mną cokolwiek wspólnego. Wiem, zawodne i z gruntu nieprawdziwe, ale jeśli miałabym wylądować na kozetce u semickiej urody szrinka, to tylko z powodu prywantych problemów - na przykład ewidentnie potrzebuję anger management therapy, a nie z powodu projekcji schizofrenii pokurczów u władzy na moją skromną osobę. Nic nie rozumiecie? Nie szkodzi, ja też nie.


